Dawid kontra Goliat
Normalizacja. Słowo brzmi niewinnie, ale kryje w sobie cały świat zależności, interesów i podejść do zagadnienia. Dla jednych to „unormalnienie”, dla innych udręka, a dla kolejnych zbiór zasad, dzięki którym wszyscy rozumieją się w tym samym języku.
Tylko czy wszyscy mówią tym samym językiem?
UE - biurokratyczna detaliczność
Europejski system normalizacji to wielopoziomowa układanka. Normy powstają poprzez konsensus, w którym uczestniczą eksperci, producenci, uczelnie, instytuty badawcze, organizacje branżowe, a czasem nawet administracja. Każdy ma coś do dodania. Każdy dopisze jeden akapit, jedną uwagę, jedną tabelę.
Efekt? Normy europejskie są obszerne, rozbudowane i szczegółowe. Potrafią liczyć dziesiątki stron. Zawierają odwołania do innych norm, które odwołują się do kolejnych norm. Proces ich aktualizacji jest długi, wieloetapowy i uwzględnia dziesiątki komentarzy. Filozofia Europy jest prosta: „Im bardziej szczegółowo, tym bezpieczniej.” Dlatego norma dla stali pracującej w podwyższonej temperaturze może mieć kilkadziesiąt stron.
USA - pragmatyczna prostota
Po drugiej stronie oceanu logika jest inna: „Jeśli czegoś nie trzeba dopisywać – nie dopisujemy.” Tam bowiem normy opracowują w głównej mierze praktycy i przemysł, których celem nie jest teoretyczno-profilaktyczne objęcie każdej sytuacji, lecz stworzenie narzędzia użytecznego w praktyce. Efekt? Normy tam są krótkie, nierzadko liczą 2-4 strony tekstu a zmienia się rok wydania, podczas gdy treść bywa w zasadzie niezmieniona przez 20 lat.
To podejście zakłada, że odbiorca wie, czego potrzebuje a system normalizacyjny nie ma obowiązku przewidywać wszystkich scenariuszy za niego.
Dwa światy, jeden problem
W efekcie mamy dwie filozofie: europejską – szczegółowy, skomplikowany labirynt norm, z założeniem, że im dokładniej opiszesz rzeczywistość, tym lepiej chronisz rynek i klienta… oraz amerykańską – zwięzłe, praktyczne dokumenty, które mają pomagać, a nie ograniczać. Resztę doprecyzowuje rynek. Kiedy natomiast zestawi się te dwa podejścia obok siebie, wiele sytuacji staje się zaskakująco jasnych.
Praktyka - przykład realny i bolesny
Kupujesz stal kwasoodporną 304 wg EN 10088. Materiał koroduje.
Zgłaszasz reklamację. Producent odpowiada spokojnie i zgodnie z prawdą: „Norma nie wymaga wykonania testu na korozję międzykrystaliczną.” Dlaczego? Bo europejska norma zakłada, że odbiorca – jeśli potrzebuje konkretnych badań – osobno je zleci lub dopisze w zamówieniu. Mimo że sama norma liczy tyle stron, że można by z niej zrobić przynajmniej trzy broszury.
Reklamację odrzucono. Wydaje się, że przegrałeś? Niekoniecznie… Bo nawet w europejskiej dżungli norm istnieją deklaracje właściwości użytkowych, wymagania dotyczące zastosowań, konsekwencje funkcjonalne, odpowiedzialność za zgodność produktu z oczekiwanym przeznaczeniem. I w tej rzeczywistości – między literalnym brzmieniem normy a tym, co powinno wynikać z jej interpretacji – działamy właśnie my.
Dawid może wygrać
Goliaci normalizacji – duże firmy, duże komitety, duże wpływy – działają według swoich reguł. Dawid tymczasem też ma swoje narzędzia: wiedzę, doświadczenie, zrozumienie powiązań między normami i umiejętność wykorzystania tego w praktyce. To one pozwalają wygrać tam, gdzie inni widzą tylko mur zapisów i odwołań. Bo poruszanie się między normami wymaga nie tylko czytania, ale przede wszystkim rozumienia ich filozofii.
A my ją rozumiemy. m.l.